Czerń oczami dziecka

PRZED

29 Września 1996 roku. Dzień sądu ostatecznego dla pewnej osoby. Zwyczaj i wiara nakazują, by odprowadzić tę osobę na końcowej drodze. Nieznajomi starcy, dorośli, biegające dzieci, płaczące noworodki, w tym ona, pięcioletnia dziewczynka. Otoczona przez grono rodziny, tej bliskiej i tej, której nigdy nie widziała, zagubiona, ubrana na czarno, pytająca „gdzie mama?”. Z jednej strony słychać szepty „biedne dziecko”, z drugiej „co ta i tamta na siebie włożyła?!”, lecz nic jej to nie mówi, nadal tylko chce wiedzieć gdzie mama. Mówiono jej coś o aniołkach, o patrzących gwiazdkach, o tym, że nie wróci, ale jest przy niej, o tym, że ją kiedyś spotka, do tego wszystkiego brakowało tylko bajki o małej syrence.

Mamy nadal nie ma, biją dzwony, wchodzi do  nawy kościoła. Widzi dużo kwiatów, ich zapach przyprawia o zawroty głowy, złote aniołki fruwają naokoło, jakiś pan spaceruje po szybie zrobionej z miliona małych, kolorowych kawałeczków, od tych zdobień bolą ja oczy. Zastanawia się „Po co babcia mnie tak kurczowo trzyma i ciągle głaszcze po głowie, dlaczego ciocia płacze? Czy coś się stało?” Nic tylko czerń, czerń i czerń, jedynie odróżnia się biała szafa. „Po co w kościele leżąca szafa i dlaczego wszyscy nad nią płaczą? Gdzie mama?”

MSZA

Siedzą na tej twardej ławie, w pierwszym rzędzie, nawet babcia. Zawsze powtarzała, że do kościoła nie wchodzi, bo jest niewierząca, lecz teraz trzyma kurczowo wnuczkę na kolanach. Wszyscy tak smutno ubrani, z chustkami w dłoniach. Dzwonek, wszyscy wstają. Na podwyższenie wchodzi starszy, bardzo gruby pan w sukience. Jakieś dziecko wesoło sobie kwili na drugim końcu kościoła. Ona obserwuje resztę i stara się naśladować, ale nie wie, po co to robi.” Dlaczego muszę klękać, taka ta podłoga zimna i twarda? Tata powiedział, że po to, żeby pożegnać mamusie” Ksiądz żegnał, wygłaszając kazanie, podczas którego strofował sąsiada za ścinanie trawy w dzień święty. Nagle niewierząca babcia wyszła oburzona z trzaskiem ogromnych drzwi, ale on nadal śpiewał znudzonym i wyjącym głosem jakby przedszkolne piosenki o baranku, wznosząc ręce ku sufitowi. Wszyscy powtarzali strofy, machinalnie wykonywali to, co zakodowano im w głowach. Czy choć jedna osoba myślała, po co to robi? Niektórzy zapewne nie wiedzieli nawet, kogo żegnali. Potem przyszła pora na zbieranie na tace, wszyscy wrzucali papierki, nawet ta wychudzona pani ze starą spłowiałą sukienką. Dziewczynka też myśląc ”To pewnie na podróż dla mamusi”. Na koniec jeszcze drobne ogłoszenia budowy nowej parafii, taka skromna sugestia do zebranych i łapczywe spojrzenie księdza.

Czterech panów w garniturach podnosi tę białą szafę i wynosi na zewnątrz, wpakowuje do czarnego samochodu z firankami i kwiatami i rusza spod kościoła. Wszyscy się ożywili, szybko wsiadają do samochodów i również ruszają za tym czarnym z szafą w środku. Dziewczynka pyta babcię „To my też jedziemy w podróż z mamą?”, na co babcia wybucha jeszcze większym płaczem.

KONWÓJ ŻAŁOBNY

Idą wszyscy, jak na ścięcie, miny posępne, postury zgarbione. Kroczą powoli za jadąca szafą. Trzymają ogromne wiązanki kwiatów z szarfami głoszącymi: „Kochanej…”, „Najlepszej przyjaciółce…”, „Zawsze…”, standardowe teksty z drukarni. Nagle wszystkim przypomniało się o jej mamie, nawet tej pani co 10 lat temu wyjechała i sąsiadowi  co nigdy nie odpowiadał dzień dobry, a tamtej Pani mama nawet nie lubiła. Dziewczynka zastanawiała się „dlaczego wszyscy nagle chcą się z moją mamą żegnać, skoro nawet nie chcieli się witać?”. Na przedzie kroczy ksiądz, śpiewa pieśni o niebie, wszystko wydobywa się z głośników. Nagle samochód staje i czterej panowie znowu wynoszą  szafę. Dźwigają ją miedzy labiryntem sterczących z ziemi kamieni, płyt udekorowanych kwiatami i napisami. Wszyscy patrzą się na dziewczynkę zmartwionymi oczami. Pod  dwoma brzozami widnieje dziura w ziemi, dość głęboka, za nią stoi prowizoryczny krzyż z wiszącym na nim panem, o dziwo to ten sam co spacerował po szybach kościoła. Wszyscy ustawiają się dookoła dziury, dziewczynka z rodziną w centralnym miejscu. Ponieważ jest mała wchodzi na ceglany słupek, zrzucając cioci cegłę na nogę. Jej delikatny śmiech unosi się po całym cmentarzu, jest ona jedyną osobą, która się tutaj śmieje. Na grubych sznurach zsuwają białą szafę do dziury. Ona pyta:” Babciu co to za szafa?”, a babcia odpowiada ze smutkiem „Pożegnaj się z mamą, wnusiu”.

PIACH

Samotna, duża łza spłynęła po policzku dziewczynki. Chciała krzyczeć „Nie róbcie tego! Jak moja mama potem wyjdzie? Dlaczego ją zakopujecie, przecież aniołki latają wśród chmurek, a gwiazdki są na niebie. Jak się z nią potem spotkam?” Lecz żaden dźwięk oprócz szlochu nie wydobył się z jej ust. Wiedziała już, że ją oszukano, że nigdy więcej mamy nie spotka, że nie będzie jej w niebie. Teraz, na jej oczach zakopywano ją w piachu. Wzięła w maleńką rączkę ziemi i jak reszta rzuciła go na mamę. Kolejne szufle zapełniały dół, szafy już nie było widać. Wszyscy złożyli wieńce na płycie i się przeżegnali. Stali tak jeszcze chwile w milczeniu, by potem rozejść się i zapomnieć. Dziewczynka wyjęła z kieszeni kurtki karteczkę z rysunkiem, miała dać ja mamie parę dni wcześniej na odwiedzinach w szpitalu, ale odwiedzin nie było. Położyła ją na twardym, zimnym marmurze, choć wydawało jej się to zupełnie bezsensownym, bo to przecież nie była mamusia. Spojrzała na czarną tabliczkę z napisem przywieszoną do krzyża „Małgorzata, żyła lat 29”.

ZAGUBIONE NIEBO

29 września 2006 roku. Słoneczny, piękny dzień. Zimny marmur chłodzi jej skórę, leży i wpatruje się w płynące chmury i listki brzóz powiewające na wietrze. W myślach mówi do matki to, co by chciała powiedzieć naprawdę. Ludzie się na nią dziwnie patrzą, nie interesuje jej to. Nie dba o to, że leżenie na grobie nie jest mile widziane. Jest taka naiwna, bo myśli, że ona ją słyszy, ale to stek bzdur. W głębi siebie wie, że nic po niej nie zostało. Wchodząc w progi kościoła dziesięć lat temu i  uczestnicząc w pogrzebie, zwątpiła w Boga zamiast w niego uwierzyć. Znienawidziła go z całego serca i wolała go odrzucić. Zadawała sobie pytania „Jeżeli jest miłosierny i dobry, dlaczego zabiera tych , którzy są jeszcze na ziemi potrzebni i rani przy tym innych? Czym mu zawiniłam w wieku pięciu lat? Dlaczego ja?” Dla niej wiara stała się  oznaką słabości, obawy przed prawdą. Nikt nie wmówi jej już, że tam jest jej mamie lepiej. Nikt nie wmówi jej, że istnieje jakieś tam…
Czasami chciałaby jednak wierzyć, że ją kiedyś spotka.

Advertisements

Jedna uwaga do wpisu “Czerń oczami dziecka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s